“Polskie” autorytety
Wygląda na to, że prawdziwi z nas szczęściarze. Mam oczywiście na myśli nie tylko referendum w Irlandii, które tyle radości przyniosło uniosceptykom w całej Europie, a w szczególności w Polsce.
Ale nie dlatego możemy uważać się za szczęściarzy, tylko dlatego, że przybywa nam skarbów narodowych. Jak wiadomo, do niedawna mieliśmy tylko dwa skarby narodowe; “drogiego Bronisława” i Władysława Bartoszewskiego. Spenetrowała tę wielką tajemnicę pani Magdalena Albright, więc nie wypada wątpić, tylko się radować. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że przybył nam kolejny skarb narodowy w osobie Lecha Wałęsy. W ten sposób zbliżamy się do ideału, który głosi, że omne trinum perfectum, czyli, że co potrójne – to doskonałe. To znaczy- zbliżalibyśmy się, gdyby nie to, że na tym świecie pełnym złości nie ma rzeczy doskonałych i w przypadku Lecha Wałęsy nie jest do końca pewne, czy mamy do czynienia z prawdziwym skarbem, czy tylko – z jego imitacją. Rzecz w tym, że właśnie dwaj historycy z Instytutu Pamięci Narodowej przygotowali książkę, w której na podstawie kilkuset stron dokumentów, które cudem zachowały się podczas kolejnych pucowań życiorysu byłego prezydenta, dowodzą, iż Lech Wałęsa nie tylko był w początkach lat 70. konfidentem Służby Bezpieczeństwa, ale także “szkodził”, a nawet brał za to wynagrodzenie w kwocie 13 tys. złotych. Nie wiadomo, czy to dużo, czy mało, zwłaszcza w przeliczeniu na srebrniki, ale na przykład generał Gromosław Czempiński utrzymuje, że to dużo, a nawet – że za dużo, na czym, nawiasem mówiąc, buduje fragment linii obrony Lecha Wałęsy, twierdząc, że jemu bezpieka by za donosy tyle nie dała.
Ale z książki wynika też, że prezydent Wałęsa prawdopodobnie wykorzystał swój urząd do wyczyszczenia archiwów państwowych z najbardziej kompromitujących go dokumentów. Wałęsa swoim zwyczajem wszystkiemu zaprzecza, ale – jak to mówią Rosjanie – “łarczik prosto atkrywajetsia”, bo z uporczywych, retorycznych pytań, czy autorzy “mają oryginały” lub dokumenty “podpisane”, można się domyślić, co w pierwszej kolejności zniszczył. Ale – co jeden człowiek zakrył, to drugi odkryje i Antoni Macierewicz jeszcze jako minister spraw wewnętrznych, 4 czerwca 1992 roku, w dostarczonej posłom i senatorom “informacji o stanie zasobów archiwalnych MSW” zauważył, że przed rozpoczęciem akcji niszczenia dokumentów MSW, zostały one zmikrofilmowane co najmniej w trzech kompletach, z których dwa są “za granicą”, a jeden – “w kraju”. Jest w związku z tym pewne, że Moskwa i Berlin dysponują dokumentacją, o której Lech Wałęsa naiwnie sądzi, że już nie istnieje. A skoro tak, to musimy postawić pytanie, jaki robiły i nadal robią z tego użytek i ile Polskę już kosztowało i nadal będzie kosztować podtrzymywanie legendy, jaką “drogiemu Bolesławowi” stworzył “drogi Bronisław” z pomocnikami. Bo trzeci komplet zmikrofilmowanych dokumentów, ten “w kraju”, prawdopodobnie został rozmnożony, niczym chleb w ewangelicznej przypowieści, a kopie zdeponowane w prywatnych archiwach wyższych funkcjonariuszy razwiedki. Zwracam uwagę, że z informacji min. Macierewicza nie wynikało, że trzeci komplet mikrofilmów jest w sejfie MSW. Gdyby tak było, to pewnie by tak właśnie napisał. Natomiast sformułowanie “w kraju” może oznaczać, że już wtedy wyszedł on poza MSW. Ta okoliczność rzuca snop światła na przyczyny, dla których tylko w Polsce nie nastąpiło ujawnienie konfidentów, a tak zwane procedury lustracyjne raczej służyły blokowaniu takiej możliwości. Nie ma w tym nic dziwnego; w interesie strategicznych partnerów, którzy dysponują pełną dokumentacją polskich autorytetów moralnych i tak zwanych żywych legend, wcale nie leży ujawnianie kompromatów. Wiadomo bowiem, że z agenta ujawnionego żadnego pożytku już nie ma, natomiast agenta niezdekonspirowanego można szantażować i eksploatować aż do śmierci. Interes razwiedki tubylczej jest z tym idealnie zbieżny i dlatego mamy w Polsce kolejne starcie w tak zwanej “bitwie o Wałęsę”.
Nie przesądzając wyniku tego starcia, bo może skończyć się ono na niczym, jak zresztą wszystko u nas, chciałbym jednak zwrócić uwagę na rozkład stron wojujących. Po stronie Lecha Wałęsy murem stanęły nie tylko autorytety moralne, nie tylko środowisko “Gazety Wyborczej” oraz premier Donald Tusk, ale przede wszystkim – najwybitniejsze osobistości razwiedki z generałem Gromosławem Czempińskim na czele. Ten sojusz więcej wyjaśnia, niż mówi, nie tylko o samym Lechu Wałęsie i popierającym go “Salonie”, ale przede wszystkim – o III Rzeczypospolitej, której fundamentem było przecież porozumienie okrągłego stołu, do którego jego gospodarz, generał Czesław Kiszczak, zaprosił swoich zaufanych. To wydarzenie, jak to się mówi, “obrosło mitem”, którego dzisiaj rękami i nogami bronią jego uczestnicy, nie tylko w obawie przed kompromitacją, ale być może – również w nadziei dołączenia do grona “skarbów narodowych”, jeśli nawet nie już teraz, to może kiedyś, w przyszłości. A przecież na nich się nie kończy, bo w kolejce czeka santa subito Barbara Blida, której śmierć dzięki posłom SLD, PSL i Platformy Obywatelskiej zasiadającym w sejmowej komisji śledczej, z każdym dniem nabiera znamion swoistej cudowności. Więc w tym nieszczęściu prawdziwi z nas szczęściarze, nieprawdaż?
Stanisław Michalkiewicz