Elity a Ojczyzna
(iskry.pl)
Klęska Polski w II wojnie światowej i będąca jej rezultatem faktyczna okupacja Polski doprowadziły do całkowitej wymiany polskich elit. Czego nie zrobili Niemcy, dokończył Stalin, czego nie dokonał Katyń i Powstanie Warszawskie, dopełniło NKWD i UB.Natychmiast też przystąpiono do kulturowego i społecznego podbijania kraju, likwidując ziemiaństwo, stopniowo wymieniając kadry nauczycielskie i otwierając państwowe stanowiska dla niewykształconej biedoty wiejskiej w myśl hasła “nie matura, lecz chęć szczera…”.
Wszystko to miało za zadanie zbudować społeczeństwo nowego typu.
I zbudowało! Dokonała się wymiana elity. Tych, których nie wymordowano, nie wypędzono i nie spauperyzowano, kupiono miską soczewicy.
Co prawda pozostał jeszcze naród w swej masie – niepoddające się kolektywizacji rzesze tradycyjnie zachowawczego chłopstwa, małe miasteczka, rzemieślnicy, ostoja polskiego Kościoła katolickiego.
Ponieważ nowa elita nie wyrastała z tej większości, nie była jej przedstawicielem, w naturalny sposób czuła przed tymi ludźmi strach wymieszany z pogardą. “Kierownicy” zawiadujący w imieniu Sowietów PRL-em wiedzieli, że owo “społeczeństwo”, gdyby tylko była okazja, wywiesiłoby ich na latarniach. Dlatego “rękę podniesioną na władzę ludową należy uciąć”.
Uświadamiały im to bunty społeczne: jak poznański z 1956 roku czy obchody 1000-lecia chrztu Polski, gdzie do czerwonych mózgów dotarło, co może się stać, gdy ludzie podniosą głowę. W roku 1966 nagminnie dochodziło do lekceważenia zakazów władzy. Kiedy w Poznaniu milicja nie zgodziła się na przejazd z fary do katedry mikrobusu wiozącego peregrynujący obraz Jasnogórskiej Panienki, auto podniesiono na ramiona i przeniesiono – bo “nieść nikt nie zakazał”.
Wiara katolicka, która wyzwalała ze strachu naród, jednocześnie przepełniała lękiem peerelowskie “elity”, a pogardą i odrazą tychże elit narybek, tresowany do objęcia schedy po tatusiach. Obcość i alienacja rządzących widoczna była gołym okiem. Narodowi, któremu wrogowie przeszczepili głowę, powoli zaczęła odrastać autentyczna, nowa…
Wypadki 1966 roku to prawdziwy początek polskiego “społeczeństwa obywatelskiego” , w obliczu braku własnych instytucji zespojonego przez narodową religię.
W rezultacie przekształceń 1989 roku dzieci tamtej strachem podszytej antypolskiej elity przejęły kraj na własność. Ceną polskiej niepodległości było zachowanie na miejscu peerelowskich elit kulturalnych, gospodarczych i politycznych. Naruszenie ich interesów wymagało rewolucji, wymagałoby szybkiego przejęcie resorów siłowych i odwołania się do narodu. Nie było komu tego zrobić. Peerelowskie służby specjalne zadbały, by wszystkich, którzy ewentualnie mogliby zagrażać operacji metamorfozy, rozpoznać i unieszkodliwić. Plan ten miał poparcie amerykańskich i zachodnich sponsorów polskich przemian. W opinii stolic zachodnich, ewentualne odwołanie się do idei narodowych stanowiłoby zagrożenie i wprowadzało element nieprzewidywalności, utrudniając inkorporowanie “nowej” Polski w globalne struktury.
Postawiono więc na “dysydentów” – dzieci tych, którzy “robili” PRL na polecenie Stalina. Te wykształcone, oczytane i zindoktrynowane szczenięta reżimu buntowały się wcześniej. Oni mogli się “buntować” przeciwko rodzicom (czasem z pozycji superczerwonych), ponieważ wiadomo było, że tatuś synkowi krzywdy nie zrobi. Co najwyższej posadzi na kilka miesięcy do kozy.
Tym młodym “zbuntowanym” rodziny nikt nie zgnoił, rodziców z pracy nie wyrzucił, a relegowani z uniwersytetu nie lądowali na wypalaniu węgla drzewnego w Bieszczadach, lecz na bratnich uczelniach zagranicznych, ewentualnie korzystali ze stypendiów w USA.
Dlaczego piszę o tym po raz “enty”? Otóż, podział ten daje o sobie znać i dziś. Do dzisiaj widać w Polsce różnicę między interesami 50-60-letnich dzieci peerelowskich elit, a odradzającym się społeczeństwem polskim, między rodzinami przywiezionymi na sowieckich czołgach a odradzającą się elitą narodową.
Dzieci PRL-u na razie wydają się zwyciężać, wszak dysponują olbrzymim aparatem propagandowym; uwłaszczone z zagranicznymi koneksjami, atakują bezpardonowo. Ta nowa “liberalna” elita wciąż boi się przeciętnego Polaka, nadal jej on śmierdzi – a to że za mało tolerancyjny, a to że “fanatycznie katolicki”, a to że nieobyty w świecie, a to że antysemita i ksenofob.
Dla tej elity Polak broniący interesu gospodarczego czy politycznego, swych rodzin; Polak, który mówi, “ja tak żyję, w to wierzę i jeśli inni chcą ze mną mieć do czynienia, muszą to uszanować”, to kłoda na drodze pochodu współczesnych międzynarodówek.
Na naszych oczach toczy się walka o przyszłość kraju, walka między tradycją AK, Polskiego Państwa Podziemnego, Polski Piłsudskiego i Dmowskiego, a tradycją KPP, Gwardii Ludowej, PPR, stalinowskiego Związku Patriotów Polskich i wreszcie tradycją “kierowników” PRL, kosmopolityzmu i “europeizacji”.
Którą drogę wybiorą Polacy? A może ktoś już za nich wybrał?
Andrzej Kumor
Mississauga
źródło” Tygodnik Goniec Toronto