Dezintegracja …
(prawy.pl)
Dlaczego tylko Kosowo?
Wolność i niepodległość dla innych!
Spróbujmy jednak pójść krok dalej. Skoro Unia Europejska w swojej łaskawości pozwoliła Kosowu na ogłoszenie niepodległości i oddzielenie się od Serbii, co stało się faktem w niedzielę 17 lutego, to może powtórzyć ten – jakże udany – eksperyment w innych częściach Europy? Jeśli założyć, że rdzeniem Unii są Francja i Niemcy, to można zacząć od tych właśnie państw.
Francja, na przykład, jest jedynym państwem Unii Europejskiej, które nie (!) ratyfikowało Międzynarodowej Konwencji o Ochronie Mniejszości Narodowych. Dlaczego? Bo we Francji nie ma mniejszości narodowych! Nawet jest to zapisane we francuskiej konstytucji. To znaczy, oczywiście w ramach „społeczeństwa otwartego”, „wielokulturowości” i „wieloetniczności” można być we Francji; żydem albo i Żydem, Arabem, Ormianinem, a nawet Polakiem, czyli można być imigrantem, który w Republice kultywuje swoją odrębność, ale biada człowiekowi, któremu „ubzdura” się bycie Korsykaninem, Baskiem czy Bretończykiem! No ale skoro rząd francuski tak „odważnie” zmierzył się z problemem Kosowa to może pora zrobić porządek „we własnym domu”? Zacznijmy od północy, a w zasadzie od północnego – zachodu Francji. I cóż tam można znaleźć? No, na przykład Bretanię. 27208 km. kw., prawie 3 miliony mieszkańców z których wielu mówi po bretońsku. Ilu? Dokładnie nie wiadomo, bo badania na ten temat nie są dobrze widziane w „ojczyźnie praw człowieka”. Jest nawet znany przypadek pewnego francuskiego socjologa, który za zbytnią dociekliwość w badaniu tematu spędził trochę czasu w areszcie. Nie za badania socjologiczne, oczywiście, bo te można prowadzić swobodnie w ojczyźnie „ojca socjologii” – Comte’a. Ale „zakłócać spokoju” już nie można. I ten paragraf pasował w sam raz. Co prawda, lekko trąci PRL-em, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Nie mówiąc już o tym, skąd francuski sąd miałby o tym wiedzieć? W każdym razie prawo do secesji Bretanii byłoby nie tylko potwierdzeniem poszanowania woli Bretończyków do samostanowienia, ale i dowodem na to, że Francja stosuje te same standardy wobec Serbii jak i wobec siebie. Ale zostawmy Bretanię i udajmy się na południowy – zachód Francji, do Baskonii. Tam również mieszka sporo ludzi, którzy chętnie, na wzór Kosowa, odłączyliby się od swojego obecnego państwa i stworzyli własne. Zresztą, tak jak i Bretończycy, mają własny język, kulturę, a tak jak kosowscy Albańczycy, mają własnych „bojowników”, którzy mogliby stać się zaczątkiem „klasy politycznej”. Bo przecież ETA działa po obu stronach granicy! A skoro przemytnicy narkotyków, znaczy, jacy znów przemytnicy? Bojownicy UCK – oczywiście – mogą stać się elitą polityczną i kulturalną Kosowa, to chyba nieskażeni kryminalną przeszłością polityczni terroryści z ETA – tym bardziej? Zostańmy jeszcze na południu „słodkiej Francji”. Czy to nie tu, na zboczach Pirenejów znajdziemy Langwedocję? I czy podobnie jak dwa poprzednie regiony, nie ma ona własnego języka, własnej kultury? Przecież okcytański, zwany też w Polsce prowanslalskim – nota bene dużo bliższy katalońskiemu, niż francuskiemu - to język truwerów, dworskich poetów, a nawet średniowiecznej „mniejszości religijnej” prześladowanej przez nietolerancyjnych, fundamentalistycznych i obskuranckich katolików – katarów. Już choćby za to należałoby rozważyć prawo Langwedocji do samostanowienia. Dalej Alzacja i Lotaryngia. No cóż, dwa regiony, w których ludność zawsze miała kłopoty z tożsamością narodową… Ani to Niemcy, ani Francuzi, mówią własnym dialektem, czy więc niepodległość nie byłaby dobrym rozwiązaniem? Pewnie brak tam bogactw naturalnych, a może i przemysłu, ale skoro – według komisarzy z Brukseli – Kosowo da sobie radę… Zresztą zawsze można pomóc „dotacjami unijnymi” nowym członkom „europejskiej rodziny”. I wreszcie rodzinna wyspa „małego cesarza” – Korsyka. Chyba najbardziej przypominająca Kosowo? Bo czy nie na Korsyce dawne gangi przestępcze przekształciły się we Front Wyzwolenia Narodowego Korsyki (FLNC)? Oddajmy sprawiedliwość i prawdziwym nacjonalistom, którzy w 1999 roku założyli organizację o malowniczej nazwie Armata Corsa. W każdym razie i jedni i drudzy zbrojnie walczą o niepodległość Korsyki. Może więc pora uznać i prawo Korsyki do niepodległości? Wprawdzie do najbogatszych Korsyka nie należy, ale odpowiednie gospodarowanie „funduszami spójności” na pewno szybko zmniejszy dystans dzielący Korsykę od, na przykład, Luksemburga. Przecież nie będziemy się kłócić o te trzy, cztery procenty podatku, z których fundusze wygospodarujemy. Wszak „tu nie chodzi o centy, tu chodzi o historię” jak parę lat temu błyskotliwie zauważył red. Jonas w programie „7 dni – świata.
Ale zostawmy „ojczyznę praw człowieka”, „słodką Francję” i udajmy się do Niemiec. Jak wiadomo fundamentu powojennego ładu w Europie i ostoi demokracji. Na południowym – wschodzie tego państwa znajdziemy Łużyce. Oczywiście oburzającym byłoby nawet sugerować, że Łużyczanom dzieje się źle, ze następuje „germanizacja”… A już nazywać Łużyce, „europejskim Tybetem” mogą tylko ludzie ograniczeni, o wyjątkowo wąskich horyzontach umysłowych. Choć, co za podłość, i tacy się zdarzają! Ale nie będziemy przecież dawać wiary oszołomom! Faktem jest, że żyje tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi, których żadną miarą nie da się nazwać Niemcami. Łużyczanie, bo o nich mowa, mają własny język, a nawet dwa – dolnołużycki (bliższy polskiemu) i górnołużycki (bliższy czeskiemu), mają świadomość narodową, a przy okazji każdej wojny podnoszą swój postulat utworzenia niepodległego państwa. Faktem jest, że jak do tej pory bezskutecznie, ale może właśnie nadszedł w Europie czas, by postulat ten został wysłuchany? Nie tak znów daleko od Łużyc, mamy inny region Niemiec, który jak ulał nadaje się na kandydata do niepodległości – Bawarię. W końcu 70 tys. km. kw. I prawie 12,5 miliona mieszkańców to zdecydowanie więcej niż Kosowo, a nawet niejedno z państw Unii Europejskiej. Co więcej Bawarczycy mówią dialektem słabo rozumianym w innych częściach Niemiec, są katolikami – ba, dali nawet Kościołowi papieża… I to urzędującego. Mało tego, akurat w wypadku Bawarii odpada argument ekonomiczny! Tu, na pewno nie będą potrzebne fundusze spójności, a Unia nie wyda na niepodległą Bawarię nawet eurocenta. Sama sobie poradzi. A co powiedzieć o Fryzji? Taż i Fryzowie mają własny język – i to bliższy angielskiemu niż niemieckiemu – własną kulturę, świadomość odrębności narodowej i małą wyspiarską ojczyznę. Poza tym, to pracowity naród, zapewne również poradzi sobie bez dotacji unijnych? Co do reszty Niemiec pozbawionej Bawarii (Fryzji i Łużyc!), tak do końca nie wiadomo, ale tu znowu o centach, a przecież „chodzi o historię”.
No, ale Unia Europejska to przecież nie tylko jej „twardy rdzeń”. Na przykład za Pirenejami leży sobie cichutko taka Hiszpania. Cichutko, bo przecież nadal liże rany po „krwawej i faszystowskiej” dyktaturze generała Franco. Na szczęście jest premier Zapatero, który naprawia „dziejowe niesprawiedliwości”, ale póki co, zajmijmy się sporą grupą poddanych Jana Karola (Juana Carlosa), którzy nie chcą być ani Hiszpanami, ani nawet jego poddanymi. Tacy Baskowie, na przykład, podobnie jak i po francuskiej stronie granicy, deklarują brak dalszego zainteresowania zamieszkiwaniem w Hiszpanii. Nie znaczy to, że chcą opuścić swoje domy i udać się w nieznanym kierunku… Oni raczej woleliby aby to Hiszpania uznała, że Zatoka Biskajska, to nie są hiszpańskie, ale baskijskie wody terytorialne. A że Kraj Basków nie tylko różni się od Hiszpanii kulturą i językiem, ale i poziomem życia, to znów odpada konieczność pompowania weń „środków unijnych”. Z „klasą polityczną” podobnie jak po północnej stronie Pirenejów, nie powinno być problemu. Ale czy Katalonia, to „dziecię gorszego boga”? Skoro Baskowie mogliby stworzyć własne państwo, to dlaczego nie, Katalończycy? Toż lud to i pracowity i jakby bogatszy od Hiszpanów… Z własną kulturą, językiem, a nawet postaciami historycznymi – wszak Gaudi był Katalończykiem. Co więcej mimo, iż biegle mówił po hiszpańsku to jako kataloński patriota nigdy nie używał tego języka, a z Hiszpanami rozmawiał przez tłumacza! Zresztą ponownie „niepodległa Katalonia” nie kosztowałaby Unii nawet jednego centa, o którym to zresztą mówić nie wypada. No, może bez Katalonii, i bez Kraju Basków sama Hiszpania „zeszłaby na dziady”, ale skoro „tu chodzi o historię”…
No jest i Wieka Brytania. W końcu jak długo można zmuszać Szkotów do życia w jednym państwie z Anglosasami czy Walijczykami? Sami Szkoci zresztą coraz głośniej mówią o niepodległości, więc może zamiast czekać załatwić sprawę „przy okazji” Kosowa. Przecież i Szkoci mają własną kulturę język, świadomość narodową, a nawet tradycje walk niepodległościowych. Zresztą jeśli Elżbieta II straci te 5 milionów poddanych to przecież świat się nie zawali. Ani brytyjski budżet. Co prawda podatków spłynie jakby mniej, ale i wydatki będą mniejsze, więc wszyscy powinni być zadowoleni. A jeszcze bardziej będą zadowoleni gdy Elżbiecie II odpadnie kolejny problem – bez mała 3 milionów Walijczyków. Przecież też Celtowie, z własnym językiem, kulturą i świadomością narodową! Nawet ich ojczyzna nazywa się po walijsku: Cymru. W sumie skoro Serbia tylko pozbędzie się problemu uznając niepodległe Kosowo, to Brytania pozbędzie się problemu uznając niepodległość Szkocji i Walii… I Kornwalii… I Ulsteru… I wyspy Man… Ale w końcu „tu chodzi o historię”, więc nie ma sensu dzielić włosa na czworo.
Słuchając polskich parlamentarzystów, członków gabinetu premiera Tuska, a i kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, wydaję się, że i Polska chętnie powita nowe państwo w „europejskiej rodzinie narodów”? Ale dlaczego tylko na Bałkanach? Może pora rozwiązać problem Śląska? Zresztą jakiś czas temu obecny minister spraw zagranicznych, zdawał się sugerować możliwość, wręcz usunięcia, Śląska z Polski. Może to jest ten czas panie ministrze Sikorski? Zresztą, nie byłby to taki wieki problem… Mało tego! Więcej pieniędzy z funduszu spójności zostanie dla reszty Polski. A Śląsk? Nie przesadzajmy… Skoro Kosowo da sobie radę, to dlaczego Śląsk nie miałby? Zresztą jeśli Czechy będą konsekwentne – a i one zamierzają uznać niepodległe Kosowo – to „niepodległy Śląsk” stanie się całkiem niemałym europejskim państwem.
Oczywiście nie należy i na tym kończyć! Korzystając z okazji można wszak rozwiązać problem Skanii (Szwecja), Galicji (znów Hiszpania), Laponii (Szwecja i Finlandia), Walonii i Flandrii (Belgia), Sycylii (Włochy), nie wspominając o mniejszościach narodowych, które chętnie połączyłyby się z „macierzami”: Węgrzy (Słowacja, Rumunia, Serbia), Macedończycy (Bułgaria, Grecja) czy Polacy (Litwa, Białoruś, Ukraina)…
Decydując się na uznanie niepodległości Kosowa, komisarze w Brukseli, rozpoczęli kreślenie nowej mapy politycznej Europy. Zostało przełamane pewne tabu. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że już rozpad Jugosławii czy Czechosłowacji (o Związku Sowieckim nie wspominając) zapoczątkował kreślenie nowej mapy europy, do tej pory jednak, państwa związkowe czy federalne rozpadały się wzdłuż granic podmiotów je tworzących; bo przecież Związek Sowiecki rozpadł się na republiki, które go tworzyły, Jugosławia również, podobnie jak i Czechosłowacja. 17 lutego po raz pierwszy pojawił się jednak precedens: podzielone zostało państwo, tworzące kiedyś Jugosławię jako jeden z jej podmiotów administracyjno – politycznych. Konsekwencje mogą być trudne do przewidzenia… I to już w najbliższym czasie.
Bogdan Pliszka
heyo
Anonim
marzec 12, 2008 at 8:38 pm