Koniec Wersalu …
(Nasz Dziennik)
Ogłoszenie przez Kosowo niepodległości jest kolejnym etapem demontażu porządku wersalskiego w Europie. Stanowi również niebezpieczny precedens, z którego mogą próbować skorzystać inne ruchy separatystyczne. Oznacza także dalsze wzmocnienie żywiołu muzułmańskiego w Europie. Mimo to rząd polski już podjął kroki w kierunku uznania państwowości Kosowa.
Wszystko wskazuje na to, że Polska w najbliższych dniach podejmie właśnie taką decyzję. Już w poniedziałek, a więc nazajutrz po ogłoszeniu przez parlament w Prisztinie deklaracji niepodległości, minister Radosław Sikorski poinformował, że złożył do Rady Ministrów wniosek o uznanie tejże niepodległości. Formalności stanie się zadość zapewne w nadchodzącym tygodniu. Jak dotąd władze Serbii odwołują swoich ambasadorów w krajach, które uznają kosowską państwowość, więc krok ten może oznaczać kolejne pogorszenie stosunków z Belgradem.
Nie wszystkie kraje Europy i świata są aż tak gorliwe w swym poparciu dla oderwania Kosowa od Serbii. Minister spraw zagranicznych Republiki Czeskiej Karel Schwarzenberg zapowiedział, że Praga uzna niepodległość Kosowa dopiero po tym, jak uczyni to większość krajów Europy, a władze republiki okażą się wiarygodne. Wstrzemięźliwość wykazują m.in. Bułgaria i Słowacja, zdecydowanie przeciwne są np. Cypr i Hiszpania. O ile w przypadku rządów w Bratysławie, Nikozji i Madrycie można uznać, że taktyka ta podyktowana jest obawą o integralność własnych terytoriów, o tyle trudno takie motywy przypisywać Czechom. Zresztą nawet Niemcy, od początku będące jednym z głównych, o ile nie najważniejszym podmiotem dążącym do rozbicia Jugosławii, nie spieszą się z uznaniem władz w Prisztinie.
Nic nie stoi na przeszkodzie, by Polska zastosowała podobne podejście do kwestii Kosowa jak Czechy. Więcej nawet brak jednolitego stanowiska wszystkich lub większości krajów Unii pozwala nam przyjąć postawę jeszcze sztywniejszą. Nie wygląda jednak na to, by Radosław Sikorski i Donald Tusk mieli zamiar z tej możliwości skorzystać. Trudne zresztą byłoby do obronienia twierdzenie, że inaczej zachowaliby się Anna Fotyga i Jarosław Kaczyński.
Powściągliwość w odniesieniu do deklaracji parlamentu w Prisztinie byłaby bowiem niekonsekwencją, jeśli odniesiemy ją do całej strategii polityki zagranicznej przyjętej u zarania III RP, która to polityka w odniesieniu do Bałkanów oznaczała poparcie dla rozbijania Jugosławii i jak najdalej idącego osłabienia Serbii. Niekonsekwencja nastąpiła wcześniej.
Było nią poparcie dla rozbicia Jugosławii i w końcu ataku USA na ten kraj. Decyzja ta nie została sprowokowana w żaden sposób przez Belgrad. Jugosławię i Polskę zawsze łączyły przyjazne stosunki, co nie zmieniło się nawet w latach komunizmu, gdy władze w Belgradzie wyłamały się spod kurateli Moskwy.
Rola Jugosławii w Europie
Co więcej, bezpieczeństwo Jugosławii leżało w interesie Polski. Królestwo Słoweńców, Chorwatów i Serbów (SHS) powstało po pierwszej wojnie światowej jako jeden z istotnych elementów porządku wersalskiego. Porządku, który był w ubiegłym wieku gwarancją istnienia Polski jako niezależnego lub (po II wojnie światowej) zależnego od Moskwy, ale wciąż odrębnego i dużego państwa.
Upadek mocarstw zaborczych pozwolił, jak wiemy, nie tylko na odzyskanie niepodległości przez naszą Ojczyznę, ale również na realizację aspiracji innych narodów znajdujących się do 1918 r. pod władzą tak dziś niesłusznie gloryfikowanych Austro-Węgier. Królestwo SHS, od 1929 r. Jugosławia, było krajem na tyle dużym (20 mln ludności, 250 tys. km2 powierzchni), by móc prowadzić suwerenną politykę, czego najlepszymi przykładami już w okresie powojennym były wspomniane wyzwolenie się Belgradu spod “opieki” Moskwy i zdolność do zachowania neutralności w okresie zimnej wojny oraz wyjątkowa rola Jugosławii w Ruchu Państw Niezaangażowanych. Trudno sobie dziś wyobrazić, by którekolwiek z państewek powstałych na gruzach federacji mogło być tak aktywne w świecie.
Sposób urządzenia Europy po I wojnie światowej mógł zagwarantować krajom Międzymorza bezpieczeństwo pod warunkiem współdziałania przez nie, zwłaszcza przez najżywiej zainteresowane jego przetrwaniem (a więc Polskę, Czechosłowację, Rumunię i właśnie Jugosławię). Jednak okazał się na tyle trwały, że nawet po katastrofie, jaką była II wojna światowa, został w dużej mierze odtworzony.
Zasadniczą różnicą na niekorzyść w porównaniu do lat 1920-1938 była oczywiście dominacja Moskwy. Po upadku imperium sowieckiego nic nie stało jednak na przeszkodzie, by narody Międzymorza wyciągnęły wnioski z błędów popełnionych w pierwszej połowie XX wieku. W nowych warunkach geopolitycznych należało podjąć wysiłki w kierunku ścisłej współpracy czy integracji gospodarczej Międzymorza na wzór integracji zachodnioeuropejskiej w latach 50. Taką strategię przewidywali np. Włosi i Austriacy, którzy chcąc zapewne wyprzedzić działania krajów naszego regionu, wystąpiły z projektem Hexagonale. Pozostałością tego projektu jest Inicjatywa Środkowoeuropejska, twór nieodgrywający istotnej roli.
Zdrada Warszawy
Brzemienna w skutki decyzja polskiej dyplomacji pod kierownictwem Krzysztofa Skubiszewskiego o skierowaniu wysiłków naszej polityki zagranicznej na jak najszybsze zintegrowanie ze strukturami zachodnioeuropejskimi spowodowała podporządkowanie wszelkich działań na terenie Międzymorza temu właśnie celowi.
Oznaczało to nie tylko rezygnację z aktywnej suwerennej polityki w interesie Polski, ale również zaangażowanie autorytetu Rzeczypospolitej na korzyść obcych interesów. Przypuszczano już wówczas, a dziś można o tym przeczytać w opracowaniach naukowych, że “wspieranie aspiracji” narodowości zamieszkujących ówczesną Jugosławię było inspirowane z zewnątrz. Oczywiście po dziesięcioleciach wspólnego zamieszkiwania w jednym państwie istniało szereg ukrytych konfliktów między poszczególnymi narodami Federacji. Konflikty te można było rozwiązać, starając się jednocześnie powstrzymać eskalację przemocy, w tym kierunku zamierzali zresztą współpracować szefowie dyplomacji krajów ówczesnej EWG. Jednak niemal natychmiast z porozumienia tego wyłamały się Niemcy, które rozumiejąc rolę Jugosławii jako elementu systemu zabezpieczającego kraje Międzymorza przed ich ekspansją, doprowadziły do eskalacji konfliktu, zamieniając Jugosławię w “bałkański kocioł”. Dość szybko Bonn uzyskało w tej sprawie poparcie Waszyngtonu. USA szybko i skutecznie włączyły się w dzieło demontażu państwa południowych Słowian. Polska aktywnie popierała tę politykę, zaś media w naszym kraju przedstawiały jednostronny obraz sytuacji, pokazując Serbów, którzy w większości byli ofiarami, jako zbrodniarzy wojennych.
Warto w tym miejscu pokusić się o następującą dygresję: już wówczas, w latach 90., wmawiano nam, że nie ma alternatywy dla polityki zgodnej z oczekiwaniami mitycznego “Zachodu”. Tymczasem mniej więcej do 1995 r. m.in. Francja była zdecydowanie przeciwna antyjugosłowiańskiej polityce Niemiec i być może gdyby nie poparcie, jakie RFN znalazła u swego wschodniego sąsiada, historia potoczyłaby się inaczej.
Ten sam paradygmat, co w czasie wcześniejszych konfliktów, obowiązywał w 1999 r., kiedy to pod pretekstem zapobieżenia kryzysowi humanitarnemu w Kosowie lotnictwo NATO rozpoczęło regularne bombardowania Serbii. Agresję tę można bez przesady nazwać zbrodniczą, od natowskich bomb zginęło co najmniej 1500 cywilów.
Jednak wówczas mówiono – m.in. opinie takie głosił Marek Edelman – o “holokauście Albańczyków”. Na autorytet Edelmana powoływano się wówczas szeroko na Zachodzie i w USA. Później okazało się, że informacje o rzekomych mordach na ludności albańskiej były sfabrykowane. Prawdziwa apokalipsa nastąpiła dopiero po natowskiej napaści i faktycznym oderwaniu Kosowa od Serbii w 1999 roku. Niektórzy twierdzą, że wypędzenie przez UCK 200 tys. Serbów z Kosowa i Metohii dokonało się za wiedzą i zgodą wojsk NATO. Ale te czystki etniczne, już prawdziwe, nie wzbudzały zainteresowania światowych mediów. Nie przypominano także, bo po co, że scenariusz demontażu państwa jugosłowiańskiego włącznie z wypędzeniami i ludobójstwem jest jedynie powtórką ze scenariusza realizowanego już w czasie okupacji niemieckiej w latach II wojny światowej.
Polska bez zastrzeżeń wspierała tę, nie bójmy się powiedzieć, zbrodniczą politykę. To jeden z wielu kosztów, jakie musieliśmy ponieść w imię świetlanej przyszłości w Unii Europejskiej. Realizowaliśmy zarówno politykę i interesy niemieckie, jak i politykę amerykańską. Trudno mówić o interesach amerykańskich, ponieważ nie jest do końca jasne, o jakie tu interesy w ogóle chodziło. Jedna z hipotez mówi o chęci osłabienia Europy przez wywołanie i utrzymywanie napięcia na Bałkanach. Najbardziej prawdopodobna wydaje się teza o chęci zapobieżenia krzepnięciu Serbii jako kontynuującego tradycje Jugosławii suwerennego państwa na mapie świata. W naturalny sposób osłabiałoby ono hegemonię światowego supermocarstwa.
Czy podpalamy Europę?
Osłabienie to dokonało się jednak za cenę wzmocnienia żywiołu muzułmańskiego na naszym kontynencie. To jedna z wielu przyczyn, dla których komentatorzy głowią się, o co chodzi Waszyngtonowi. Wszak odwołujący się do chrześcijańskich wyborców neokonserwatyści głośno przestrzegają przed niebezpieczeństwem “eurabizacji” Starego Kontynentu. Niestety, amerykańscy wyborcy w większości nie oglądają filmów przedstawiających profanowanie i burzenie kosowskich cerkwi przez muzułmańskie bandy, a już na pewno nie mówi się im, że to są właśnie owoce amerykańskiej polityki.
Przyszłość Kosowa jako niepodległego państwa jawi się niepewnie. Przyczyny to: wysokie bezrobocie, sięgające być może 60 proc., słaba gospodarka bez przemysłu i wywodzące się z uznawanej za organizację przestępczą UCK (mówi się, że po raz pierwszy w historii mafia zbudowała swoje państwo). Dlatego Kosowo nadal będzie musiało korzystać z międzynarodowej pomocy, Komisja Europejska już zapowiedziała zorganizowanie światowej konferencji poświęconej temu zagadnieniu. Mówiąc wprost, oznacza to, że finansowanie secesjonistów spadnie na barki społeczności międzynarodowej.
Tymczasem kosowscy Albańczycy nie zatrzymają się najprawdopodobniej na niepodległości. Już od dawna mówi się, że jest to jedynie etap na szlaku ku “Wielkiej Albanii”, która ma powstać nie tylko kosztem Serbii, ale wszystkich państw ościennych: Czarnogóry, Macedonii, Grecji, a nawet Bułgarii. Na terenie Macedonii działają już bojówki UCK, a w Sandżaku (pograniczne tereny w Serbii i Czarnogórze), według osób odwiedzających te tereny, już dziś można zaobserwować napływ ludności muzułmańskiej. W ślad za nim postępują zmiany nawet w estetyce: cofanie się charakteryzującej się czystością i pięknem cywilizacji europejskiej na rzecz typowego bliskowschodniego bałaganu.
W ten sposób na południu Europy powstaje coraz silniejszy przyczółek muzułmański w formie rozrastającej się Albanii i istniejącej już Bośni i Hercegowiny, jeszcze dość niewielki, ale wzmacniający zagrożenie islamizacją kontynentu postępującą już w krajach Zachodu. Dodatkowo jest on elementem trwale destabilizującym Bałkany i wpływającym niekorzystnie na kondycję całego Międzymorza. Jakby tego było mało, wymaga on wciąż pomocy z zewnątrz i pomoc ta będzie zapewne w dużej mierze pochodzić z Europy.
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, secesja Kosowa nie zaszkodzi Rosji. Wręcz przeciwnie, powołując się na ten precedens – a precedens przecież jest i nie da się go odwołać zaklęciami – podobnej secesji mogą dokonać zbuntowane regiony byłych republik Związku Sowieckiego wspomagane przez Moskwę, jak Abchazja czy Naddniestrze.
Oderwanie Kosowa od Serbii to groźny prognostyk. Wielka szkoda, że Polska przyłożyła rękę do tego wydarzenia i do całego demontażu Jugosławii.
Krzysztof Jasiński