o Ukrainie itp…
(prawy.pl)
Masońskie zaklęcie wypowiadane w chwili zagrożenia obliguje “braci” do pomocy zagrożonemu. Uwiecznił je Stefan Żeromski w “Popiołach” i kiedy od pewnego czasu obserwuje się publicystyczną biegunkę pod hasłem “Nie opuszczajmy Ukrainy”, to przypomina to do złudzenia okrzyk adepta sztuki królewskiej. Nie jest to tylko skojarzenie, bo jak czyta się np. wywody Bronisława Wildsteina (mistrz i wielki dozorca loży “Kopernik” i “Przesąd Zwyciężony”), to mamy przeświadczenie, że jest to całkiem realne.
Nasz przegląd histerycznych reakcji na wizytę Tuska w Moskwie zacznijmy właśnie od Wildsteina. W swojej szczerości wyłożył on bowiem do końca to, co inni starają się skrywać. Na łamach “Rzeczpospolitej” (8.02.2008) pisze tak: “Imperium rosyjskie, które niepodległość Polski uznaje za czasowy, fatalny zbieg okoliczności, jest dla nas stałym zagrożeniem. Naszą racją stanu jest więc przeciwdziałanie odbudowie imperialnej Rosji. Polega ono na wspieraniu niezależności Ukrainy i wszelkich krajów zagrożonych przez rosyjski imperializm.Wbrew pozorom Polska jako członek NATO i UE, a także sojusznik Ukrainy, krajów bałtyckich, Gruzji, a w przyszłości może i innych krajów regionu, odegrać może istotną rolę w tej batalii. Musi jednak stale pamiętać o zasadach swojej polityki wschodniej. Szczególnie wyraźne jest to dziś. Sytuacja, gdy ościenny kraj wtrąca się w założenia obronne przedsięwzięcia niepodległego państwa, co więcej, w przeszłości często przezeń najeżdżanego, ma charakter kuriozalny. Nigdy nie dość powtarzania tej oczywistości. Dziś Rosja uzurpuje sobie takie właśnie prawo w stosunku do Polski. Dodatkowo ostatnio towarzyszą temu wyjątkowo brutalne groźby”.
To jest język wojny, ekstremizm połączony z jakąś zaciekłą fobią i nadzwyczajnym zacietrzewieniem. Przypominają się słowa Romana Dmowskiego, że w Polsce inteligenci, którzy często wypowiadają się trzeźwo, jeśli chodzi o wiele spraw, kiedy dochodzi do tematu Rosja – tracą rozum. Opinie cytowane powyżej są z tego gatunku, że realna polemika z nimi jest prawie niemożliwa, bo są podane niczym akt wiary – albo się je przyjmuje, albo jest się heretykiem.
Ale to nie Wildstein jest na czele akcji organizowanej przez “zbawców” Ukrainy. Jest nim Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych, główny doradca pana prezydenta w kwestii polityki wschodniej. Nie wahał się nawet zamieścić tekstu we wrażej “Gazecie Wyborczej” (9-10.02.2008), która przyjęła go do druku – widocznie w tej sprawie PiS i Michnik w jednym domku stoją. Zaczyna swój tekst tak: “Gdy ponad miesiąc temu wytykałem błędy polityki wschodniej rządu Tuska, oponenci kwitowali: “Jest z PiS-u, tak musi mówić”. Ale głos w tej sprawie zabrał Bohdan Osadczuk. Po jego pierwszym tekście entuzjaści “polityki uśmiechów” nabrali wody w usta. Przytaczam więc cytat z kolejnego. “Takich oświadczyn polskich wobec Rosji nie było od bardzo dawna. Można sobie wyobrazić, jak zaciera ręce duch Romana Dmowskiego i jak z odrazą reaguje na ten prorosyjski akcent duch Jerzego Giedroycia” – pisał Osadczuk. Gdyby powiedział tak ktoś z moich kolegów, spotkałyby go nadąsane miny i komisja etyki murowana!”.Podpieranie się Osadczukiem jest wyrazem bezradności obozu antyrosyjskiego, ale jednoczenie jest uwłaczające. Pisaliśmy już o tym nie raz, ale powtórzmy – ten człowiek podczas wojny był hitlerofilem, członkiem OUN (frakcja Melnyka), stypendystą III Rzeszy w Berlinie. I to ma być autorytet, to on ma czelność pouczać Polskę co ma robić? Doprawdy, nie kompromitujmy się. Ale Kowal idzie dalej: “Decyzje z początku lat 90., że Polska ma iść ku NATO i UE były ściśle związane ze zwróceniem się ku Litwie, Ukrainie i innym wschodnim sąsiadom. Była to konsekwencja perswazji “Kultury”, a także etosu polskiej opozycji demokratycznej. “Nie ma granicy polsko-rosyjskiej, a każdy kto ją buduje, musi sobie uświadomić, że robi to za cenę uciemiężenia Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. Dla Polski jest to program niesuwerenności, stałego, śmiertelnego niebezpieczeństwa, dla narodu rosyjskiego program dyktatury deprawującej społeczeństwo” – pisali we wspólnym tekście w 1977 r. Jacek Kuroń, Antoni Macierewicz i Adam Michnik”. No proszę, Kuroń i Michnik wezwani na pomoc, no i Macierewicz. Nie wiem tylko, czy ten czołowy obecnie narodowy katolik będzie zadowolony z tego, że przypomniano mu skąd się wywodzi. Zastanawia tylko jedno – po co Kowal uderza w tak dramatyczne tony? Czy wizyta polskiego premiera w Moskwie grozi likwidacją państwa ukraińskiego, państw bałtyckich i Gruzji? Po co to strzelanie z armaty do wróbla? Przecież żadnej racjonalności w tym nie ma. Albo więc mamy do czynienia ze świadomym socjotechnicznym zagraniem, albo ci ludzie naprawdę tak sądzą. Jeśli to drugie, a wydaje się, że jest to bardziej prawdopodobne – to znaczy, że naszą polityką zagraniczną kierowali ludzie nawiedzeni.
To jednak nie koniec niespodzianek. Krystyna Kurczab-Redlich, lansowana i przedstawiana jako “specjalistka od Rosji”, przeszła sama siebie, pisząc w “Rzeczpospolitej” (11.02.2008): “Aleksander Kwaśniewski był jednym z niewielu – jeśli nie jedynym – polskich polityków, którzy umieli z Putinem rozmawiać [no proszę, kolejny obok Michnika i Kuronia “bohater” obozu ukraińskiego w Polsce]. A rozmowy z Putinem są rozmowami szalenie trudnymi. Mało który z naszych dyplomatów czy polityków jest rozmówcą tak rzetelnie przygotowanym do negocjacji jak sam Putin – znakomity absolwent KGB. Bo przecież każdy, kto był szkolony w tej jednej z najlepszych w świecie szkół wywiadowczych, wychodził z niej znakomicie przygotowany do głównego zadania wywiadu: werbowania. Uczono go, jak świetnie przygotowywać operacje wywiadowcze, analizować sytuacje operacyjne, jak skutecznie uzyskać to, czego się potrzebuje, jak opracowywać zdobywane informacje, przedstawiać wnioski.Ponadto przez wiele lat KGB uczyło Putina także psychologii ze szczególnym uwzględnieniem psychologii stosunków międzyludzkich, a także obserwacji otoczenia w każdych warunkach, zapamiętywania detali. Do tego dochodzi trenowanie umiejętności rozmowy, trafnych ripost oraz sztuka przekonywania czy wręcz manipulowania rozmówcą. Putin opanował wszystkie te elementy do perfekcji, posiadł umiejętność oczarowywania swoich adwersarzy bez względu na to, czy są to jego współpracownicy, dziennikarze czy zachodni przywódcy”.Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. To są wywody na poziomie powieści szpiegowskich i science fiction, a nie analiza geopolityczna czy politologiczna. Smutne jest także to, że do tego tonu dostroił się były premier Jarosław Kaczyński, którego opinie na ten temat pomińmy. Sprawa jest jednak poważna, bowiem wyszło przy tej okazji na jaw, jak potężne i jak wpływowe są w Polsce siły, które uległy tej chorobliwej koncepcji (czy raczej pseudokoncepcji), jaką jest polityczna rusofobia. Fobie zaś są złym doradcą, tym bardziej, że często są wykorzystywane przez zewnętrznych dysponentów, prowadzących politykę bynajmniej nie w naszym interesie. Nie jestem fanem Tuska ani PO, ale w tej sprawie – niestety – to on ma rację. Pytanie jest tylko jedno – czy czasem nie ulegnie szantażowi i nie wróci do praktyk, które naszą politykę zagraniczną na Wschodzie zaprowadziły w ślepy zaułek.
Jan Engelgard (blog)