GEGEN JAYS… gegen the ‘New World Order’

gegen Global Masonic Jay’o Socio-Liberal Kibbutz !

Solidarnosc … inaczej

z 2 komentarzami

(Nasz Dziennik)

O internowanych w stanie wojennym słyszał w Polsce każdy. Pozbawienie wolności ludzi “Solidarności” stało się tematem naukowych opracowań, weszło do programu szkolnego. Znacznie gorzej historia obeszła się z tymi działaczami “Solidarności” – najczęściej z tzw. drugiego szeregu – których komunistyczne władze uwięziły w specjalnych obozach wojskowych. Choć przebywali w gorszych warunkach, byli zmuszani pod groźbą sądu doraźnego do wykonywania absurdalnych rozkazów i czasem całkiem bezsensownej pracy, do dziś nikt się o nich nie upomniał. Nie wiadomo nawet, ilu ich było.

W sobotę, 8 grudnia, w sali konferencyjnej Zarządu Regionu Środkowowschodniego NSZZ “Solidarność” odbył się I Zjazd Weteranów Obozów Wojskowych 1982-1983. Do Lublina ze wszystkich stron Polski przybyło na to spotkanie kilkadziesiąt osób karnie zmobilizowanych w listopadzie 1982 r. w czterech obozach: w Czerwonym Borze, Czarnem k. Szczecinka, Chełmnie na Żuławach i Błudowie k. Złocieńca. W celu uzyskania dostępu do blokowanych do dziś informacji o skali prześladowań działaczy “Solidarności” przez Ludowe Wojsko Polskie uczestnicy zjazdu postanowili powołać Stowarzyszenie Represjonowanych w Specjalnych Obozach Wojskowych 1982-1983.

“Z czerwonymi świniami nie będę współpracował”
- Do obozu w Czerwonym Borze trafiłem po rozmowie z kolegą, który po delegalizacji “Solidarności” zaproponował mi udział w tworzeniu nowych związków zawodowych. Trochę się uniosłem i odpowiedziałem, że z czerwonymi świniami nie będę współpracował – wspomina Józef Stachowiak, który przed zdelegalizowaniem związku był wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ “Solidarność” w Ośrodku Remontowo-Budowlanym Lasów Państwowych w Stargardzie Szczecińskim i przewodniczącym Podsekcji Krajowej Pracowników Ośrodków Remontowo-Budowlanych Lasów Państwowych. – To dotarło do mojego “opiekuna” z SB w zakładzie i chyba przelało ich czarę goryczy.
Niedługo potem pan Józef dostał wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień, gdzie wręczono mu bilet i kartę powołania na ćwiczenia wojskowe. Choć po złamaniu kręgosłupa miał kategorię D i był już przeniesiony do rezerwy ze względu na stan zdrowia – został zmobilizowany.
- W ciągu 15 minut zmieniono mi kategorię na A3, a gdy pokazywałem aktualne badania lekarskie i orzeczenia o niezdolności do pracy fizycznej, powiedziano mi, że będę badany w jednostce – opowiada.
Dowódca Wojskowego Obozu Specjalnego nr 6 w Czerwonym Borze mjr Jan Braja dopiero po trzykrotnym zgłaszaniu przez Stachowiaka złego stanu zdrowia pozwolił mu pójść do lazaretu.
- Przeleżałem tam 40 dni, a po wyjściu z obozu w marcu 1983 r. trafiłem z ostrym zapaleniem nerek do szpitala, gdzie przebywałem 30 dni, zagrożony ciężką operacją, której ostatecznie uniknąłem – wspomina pan Józef.
Robert Makenson, jeden z założycieli kolejowej “Solidarności” w Lubelskiem, który w stanie wojennym “zaliczył” i internowanie, i obóz wojskowy, szacuje, że na ponad 450 osób zgromadzonych w obozie w Czerwonym Borze stale chorych było ok. 80. – Z tego, co wiem, to, nie licząc przeziębień, ludzie mieli m.in. problemy kardiologiczne, zapalenie płuc, odmrożenia, bo tam blisko jest polski biegun zimna, a temperatura tamtej pamiętnej zimy przekraczała -30 st. C.
Piotr Durakiewicz, który wspólnie z Makensonem w 1980 r. zakładał kolejową “Solidarność”, wspomina szczególne metody leczenia stosowane przez obozowego “opiekuna” związkowców, esbeka, który w obozie podawał się za oficera ds. politycznych w stopniu kapitana.
- Zyskał przydomek “Harris”, jak bioenergoterapeuta rzekomo leczący ludzi przez dotyk. Ten esbek dawał ludziom, którzy uzyskali od lekarzy wojskowych zwolnienie z zajęć, ultimatum: albo 12 godzin czyszczenia wychodka, a potem bieg z plecakiem na poligon i z powrotem, albo dołączenie do kolegów z oddziału. Mówił, że jest cudotwórcą, “leczy” jak ten Harris – przypomina Durakiewicz, który sam został zmobilizowany do obozu w Czerwonym Borze mimo kategorii D, a więc niezdolności do służby wojskowej.
Robert Makenson nie dziwi się specjalnie, że w listopadzie 1982 r. został zesłany do obozu. Działał w strukturach podziemnej “Solidarności”, a bezpiece podpadł już przy zwalnianiu z internowania 30 kwietnia 1982 roku.
- Władza chciała zrobić wokół tego wydarzenia propagandowy szum, aby stworzyć pozory, że w kraju następuje już normalizacja. W tym celu do “internatu” przyjechał red. Adam Tomanek z lubelskiego radia, zwany powszechnie Tumankiem, gdyż to był taki typowy propagandysta – mówi Makenson. – Gdy podsunął mi mikrofon, stwierdziłem, że nie mam nic do powiedzenia. Wyłączył i spytał, czy cieszę się, że wychodzę na wolność. Powiedziałem, że się cieszę. Wtedy włączył ponownie magnetofon i spytał o to samo. A ja znów, że nie mam nic do powiedzenia. Zdenerwowany postraszył mnie: “Pan wie, że ja muszę to zgłosić”. I zgłosił, gdyż później już w Lublinie wypomniał mi to w czasie przesłuchania płk Aleksander Chochorowski, zastępca szefa KW MO ds. SB. Zresztą oni szybko pożałowali, że tak dużą grupę działaczy “Solidarności” zwolnili wtedy z internowania, bo musieli zaangażować duże środki do śledzenia nas.
Gdy Makenson stawił się na wezwanie do WKU, zobaczył tam blisko sto osób, z których wiele znał ze struktur “Solidarności”.
Zdaniem Marcina Dąbrowskiego, historyka z lubelskiego IPN, już kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego władza pojęła, że “Solidarność” działająca w podziemiu daleka jest od rozbicia. Wskazywały na to manifestacje 31 sierpnia, do których doszło, według oficjalnych danych, w 66 miejscowościach. 8 osób straciło życie, a ponad 5 tys. zostało zatrzymanych.
- To pokazywało wciąż moralną siłę solidarnościowego podziemia – wskazuje Dąbrowski. – W odpowiedzi władze zdecydowały się na zadanie ostatecznego – jak liczyły – ciosu w postaci delegalizacji “Solidarności”.
I tak 8 października 1982 r. Sejm PRL uchwalił nową ustawę o związkach zawodowych, która definitywnie rozwiązała wszystkie związkowe struktury. Majątek NSZZ “Solidarność” został skonfiskowany na rzecz tworzonych nowych związków. W odpowiedzi 9 października Tymczasowa Komisja Koordynacyjna zaplanowała przeprowadzenie 10 listopada 1982 r., czyli w drugą rocznicę zarejestrowania “Solidarności”, ogólnopolskiego strajku protestacyjnego. I to, jak się wydaje, było jednym z głównych powodów decyzji o utworzeniu specjalnych obozów wojskowych dla działaczy “Solidarności”.

“Izolować trzon aktywistów prowokujących zajścia”
Aby spacyfikować struktury podziemnej “Solidarności” przed zapowiadanymi protestami, komunistyczne władze postanowiły posłużyć się klasycznym środkiem prewencyjnym stosowanym przez zaborców – branką. Z dokumentów, do których dotarł Marcin Dąbrowski, wynika, że przygotowanie tej akcji odbyło się błyskawicznie i przebiegało dwutorowo – przy zgodnej współpracy SB i LWP.
21 października 1982 r. płk Józef Sasin, dyrektor Departamentu V MSW w Warszawie, wystosował do zastępców komendantów wojewódzkich MO ds. SB pismo, w którym zlecił wytypowanie do 29 października “osób rekrutujących się głównie z dużych zagrożonych zakładów pracy, podejrzanych o inspirowanie i organizowanie strajków i zajść ulicznych, aktywne występowanie przeciwko tworzeniu nowych związków zawodowych czy inną wrogą działalność np. druk, kolportaż” w celu “powołania ich na ćwiczenia wojskowe lub do odbycia zasadniczej służby wojskowej”. Rezerwiści mieli być zmobilizowani na 3 miesiące w jednostkach pontonowych i obrony terytorialnej kraju w Chełmnie, Rawiczu i Dęblinie, a poborowi wcieleni do służby wojskowej na 2 lata.
Również 21 października gen. dywizji Antoni Jasiński, zastępca szefa sztabu generalnego LWP, przeprowadził telekonferencję, na której przekazał założenia organizacyjne dotyczące “dodatkowego sformowania pododdziałów szkoleniowych”. Wynika z nich, że do czynnej służby wojskowej postanowiono powołać w dniach 2-4 listopada 1982 r. ok. 500-600 osób będących żołnierzami rezerwy oraz około tysiąca poborowych.
Jasiński informował, że wytypowane zostaną duże zakłady pracy z większości województw: “Z każdego wytypowanego zakładu pracy powinna być powołana grupa osób stanowiąca trzon aktywistów prowokujących zajścia”.
W myśl tych założeń wytypowani działacze “Solidarności” mieli być zobowiązani do “natychmiastowego stawiennictwa w jednostkach wojskowych”, a wojsko do organizacji pododdziałów i ich szkolenia powinno wykorzystać “szczególnie dobraną kadrę zawodową”. Zakładano, że do wojska nie będą powołane osoby tymczasowo i trwale niezdolne do służby wojskowej, a także korzystające z odroczenia z tytułu sprawowania opieki nad członkiem rodziny albo z tytułu prowadzenia gospodarstwa rolnego.
Założenia co do liczby mobilizowanych związkowców oraz kryteriów zdrowotnych pozostały na papierze. W samym tylko obozie w Czerwonym Borze zgromadzono 450 związkowców, w Chełmnie – 360, w Czarnem – ponad 100. A był jeszcze obóz w Błudowie, prawdopodobnie w Nysie, Rawiczu… W podziemnej prasie stanu wojennego pisano o 12 tego rodzaju karnych obozach. Szacuje się, że mogło w nich dojść do represjonowania kilku tysięcy związkowców, choć dane na ten temat są do dziś niedostępne. A względów zdrowotnych przy mobilizacji zupełnie nie brano pod uwagę.
- Pamiętam, że gdy dużą grupą szliśmy ze stacji do obozu w Czerwonym Borze, to na przedzie szedł człowiek o kuli, bo nie miał kawałka nogi. Później się okazało, że jeden z nas nie miał trzech palców prawej ręki, inny przyszedł z otwartą gruźlicą, cała masa miała kategorię B i D, ja również – wskazuje Leszek Jaranowski z Krakowa.

Jak najgorsi kryminaliści
Niemal wszyscy represjonowani w obozach wojskowych najgorzej wspominają pierwsze tygodnie spędzone w wojsku. Zostali ogoleni, zatajono przed nimi cel zgrupowania i czas jego trwania. Byli stale wzywani na przesłuchania i “rozmowy” z esbekami, oficerami politycznymi i z kontrwywiadu. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie tego stanu niepewności.
- Pierwsze widzenia mogły się odbyć dopiero po miesiącu – przypomina sobie Jacek Firkowski, obecnie wiceprzewodniczący Regionu Środkowowschodniego NSZZ “Solidarność”, którego w 1982 r. skierowano do Czarnego k. Szczecinka.
- Trudne były zwłaszcza pierwsze tygodnie, w czasie których nie mieliśmy absolutnie żadnego kontaktu z otoczeniem – wskazuje Robert Makenson. – Byliśmy bez radia, telewizji, gazety, telefonu, żadnej informacji, co się dzieje z naszymi rodzinami.
- A mnie wraz ze Zbyszkiem Grucą zaraz po przyjeździe, tak na dzień dobry, zamknięto do aresztu – wtrąca Artur Kotyra, związkowiec z Cukrowni Lublin, który zimę 1982 r. spędził w jednostce woskowej nr 1013 w Błudowie k. Złocieńca. – To było przeżycie, nie byłem wcześniej w wojsku, gdyż miałem kategorię D.
W stosunku do działaczy “Solidarności” skoncentrowanych jesienią 1982 r. w obozach wojskowych komuniści zastosowali – podobnie jak wobec żołnierzy AK więzionych po tzw. wyzwoleniu na Majdanku, w Skrobowie i w innych miejscach odosobnienia i eksterminacji – perfidną metodę dezinformacji, mającą na celu odizolowanie ich od innych żołnierzy w jednostce oraz okolicznej ludności. O ile bohaterskich żołnierzy Polski Podziemnej nazywano zdrajcami, folksdojczami czy niemieckimi kolaborantami, o tyle o zmobilizowanych działaczach “Solidarności” rozpowszechniano opinię, że to tzw. niebieskie ptaki, recydywiści, którzy po odbyciu kary więzienia poddawani są dalszej resocjalizacji w wojsku.
- Początkowo byliśmy traktowani jak jacyś przestępcy, niebezpieczni degeneraci – mówi Jacek Firkowski. – Aby zadzwonić i dowiedzieć się o stan zdrowia żony, która przechodziła operację, żołnierz pod bronią prowadził mnie do mównicy.
Według Piotra Durakiewicza, kontakty z żołnierzami z innych jednostek stacjonujących w Czerwonym Borze były bardzo rzadkie, gdyż uprzedzono ich, że w obozie specjalnym znajdują się kryminaliści zwolnieni w wyniku amnestii, którzy są zbyt niebezpieczni, aby ich puścić na wolność.
- Pamiętam, że kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się z młodymi chłopakami z czynnej służby w łaźni, byli oni przerażeniu – wspomina pan Piotr. – Zresztą była między nami też spora różnica wieku. Oni nie mieli jeszcze 20 lat, a większość z nas liczyła około 30.
Takie same problemy mieli związkowcy powołani do obozu w Chełmnie.
Zdaniem Andrzeja Adamczyka, obozy wojskowe były formą internowania działaczy “Solidarności”.
- W Chełmnie zgromadzono zimą 1982 r. 360 związkowców z 10 regionów “Solidarności” – mówi Adamczyk. – Stacjonowaliśmy 4 km poza miastem na tzw. poligonie wodnym Kępa Panieńska w namiotach między wałem a brzegiem Wisły. Po wale chodzili żołnierze uzbrojeni w broń z ostrą amunicją. Według zdobytego przez nas rozkazu, w razie ucieczki mieli do nas strzelać.
Adamczyk też potwierdza, że początkowo wszyscy w miasteczku garnizonowym, jakim było Chełmno, mieli o uczestnikach obozu jak najgorsze mniemanie.
- Nikt nie chciał z nami rozmawiać, ale potem to się zmieniło do tego stopnia, że jak rodziny przyjeżdżały do nas w odwiedziny, to taksówkarze podwozili je za darmo na poligon. W końcu chyba wszyscy w miasteczku, a mieszkały tam przecież rodziny wojskowych, byli murem za nami i to się udzieliło naszym oficerom. Dwóch z nich wykazało za cenę kariery w wojsku szczególną solidarność z nami. Jeden odmówił złożenia zeznań obciążających jednego z naszych kolegów – wskazuje Adamczyk.
Związkowcy z obozu w Chełmnie, którzy założyli Stowarzyszenie Osób Internowanych “Chełminiacy 1982″, dwa lata temu ufundowali w miasteczku obelisk z tablicą, symbolem “Solidarności” za kratami, aby podziękować mieszkańcom za wsparcie w tym trudnym czasie.

Wojsko w służbie PRL
Nie wszędzie tak jednak było. Ryszard Białkowski, który przebywał w obozie w Czerwonym Borze, pamięta szykany wobec związkowców.
- Wykonywaliśmy różnego rodzaju ulotki, pieczątki, krzyżyki plecione z otoków z czapki wojskowej bądź wycinane z monet. Próbowali nam to odebrać w czasie tzw. apeli mundurowych – wspomina. – Kiedyś, w czasie mroźnej śnieżycy, wyprowadzono nas ok. 5 km w las i kazano zdjąć buty, wyjąć wszystko z kieszeni. Rewidowali panterki i całe ubranie w poszukiwaniu tych materiałów. Jak u kogoś coś znaleźli, zatrzymywali. Choć miałem przy sobie krzyżyk, różaniec z napisem “internowani”, plakietkę z napisem “Czerwony Bór”, udało mi się to wszystko jakoś ukryć. Po powrocie do baraków zastaliśmy jeden wielki kipisz. Wszystko było powywracane, zawartość świątecznych paczek wysypana na podłogę – wspomina z goryczą.
Pan Ryszard pamięta też nagminne utrudnianie życia religijnego zmobilizowanych związkowców. Przed Świętami Bożego Narodzenia władze obozu zgodziły się tylko na krótki pobyt kapelana wojskowego.
- Przyjechał, pobłogosławił nas, i tyle. Nie mogliśmy wyspowiadać się, przyjąć Komunii Świętej ani nawet uczestniczyć we Mszy św. – ujawnia Białkowski. – Ale prowadziliśmy w obozie Żywy Różaniec, modliliśmy się grupowo – a wszystko to nielegalnie. Specjalnie nas podsłuchiwali, czy aby nie trwają te modlitwy. Bardzo im się nie podobało, jak śpiewaliśmy w czasie świąt kolędy. Ale widać tam było opiekę nad nami Matki Bożej, dlatego co roku organizujemy w Licheniu na tydzień przed Bożym Narodzeniem zjazdy działaczy z okręgu konińskiego. Zdaniem historyka Marcina Dąbrowskiego, wcielanie do wojska potencjalnych przeciwników komunistycznej władzy należało do ponurej peerelowskiej tradycji. Już w latach 1949-1956 około 10 tys. poborowych z całego kraju zostało powołanych do odbycia zastępczej służby wojskowej w kopalniach śląskich na miejsce zwolnionych jeńców niemieckich. Żołnierze ci pochodzili głównie z rodzin “wrogów klasowych” lub związanych z podziemiem niepodległościowym. Pracę wykonywali często w morderczych warunkach, poddawani psychicznemu terrorowi, inwigilacji i obozowym rygorom. W marcu 1968 r., po manifestacjach studenckich powołano do wojska tysiące studentów. Utworzono wtedy nawet karne kompanie studenckie.
Jednym z przejawów komunistycznych represji wobec Kościoła było powoływanie do wojska całych roczników przyszłych księży i zakonników.
Czasy komunistycznego terroru dokładnie pamięta ks. abp Sławoj Leszek Głódź, ordynariusz warszawsko-praski, do którego organizatorzy I Zjazdu Weteranów Obozów Wojskowych zwrócili się z prośbą o patronat honorowy.
“Dokładnie 40 lat temu jako jeden z wielu młodych ludzi wychodziłem do cywila odbywszy dwuletnią służbę wojskową w jednej z kompanii, którą wrogi Kościołowi reżim komunistyczny stworzył dla alumnów seminariów w Polsce” – napisał ks. abp Głódź w liście do uczestników zjazdu. “Kilka dni temu wraz z kilkudziesięcioma kapłanami z całej Polski obchodziliśmy ten moment wyjścia na wolność, modląc się w czasie uroczystej Eucharystii za tych wszystkich, których dotknęły prześladowania systemu komunistycznego. Z tym większą radością przyjmuję patronat honorowy nad I Zjazdem Weteranów Obozów Wojskowych 1982-1983 w Lublinie. Mam nadzieję, że przedsięwzięcie Komitetu Organizacyjnego wpisze się na trwałe w kalendarz obchodów ważnych wydarzeń historycznych związanych z okresem stanu wojennego” – podkreślił ksiądz arcybiskup.
Adam Kruczek

Written by kilogram13

grudzień 16, 2007 @ 9:26 pm

Napisane w 1, Mysl jest Bronia

Tagged with

Odpowiedzi: 2

Subscribe to comments with RSS.

  1. był jeszcze Brzeg woj.opolskie ponad 70 osób wiekszosc z internowania ja bez odbycia sluzby wojskowej po studiach i bez przysiegi ktora mi zrobili aby wsadzic do wiezienia garnizowego w Opolu bajzel mieli okropny nic do roboty rowy kazali kopac a pozniej zasypywac ogolnie kadra ok.powiedzieli im ze my z wiezien i przestepcy tylko gen.kurdupel taki cham fajna biblioteka duzo ciekawych pozycji te buraki tego w ogóle nie czytały he,he odbyły sie wyroki jak znależli materialy wybuchowe i karykarute jaryzela

    Anonim

    czerwiec 7, 2008 at 11:49 am

  2. dziekuje za wpis

    kilogram13

    czerwiec 8, 2008 at 8:47 pm


Napisz odpowiedź