Zyd zawsze wierny sobie …
(Nasz Dziennik)
Z Adamem Borowskim, współzałożycielem Międzyzakładowego
Robotniczego Komitetu “Solidarności”, rozmawia Mariusz Bober
Gdy reżim PRL wprowadzał stan wojenny, był Pan działaczem “Solidarności”. Jak dziś wspomina Pan tamte dni?
- Dużo można by o tym opowiadać. Dla mnie działalność, którą prowadziliśmy, nie miała tylko charakteru walki o prawa pracownicze, ale przede wszystkim walki o wolną Polskę, tak jak wcześniej polscy żołnierze walczyli podczas II wojny światowej i po niej – z bronią w ręku. Uważaliśmy, że “Solidarność” jest etapem drogi do niepodległości kraju. Związek zawodowy był tylko narzędziem tej walki. Jednak nasz zryw miał charakter pokojowy. Chciałbym podkreślić, iż mieliśmy wtedy świadomość, że władza komunistyczna nie zostawi nas w spokoju, że czas nam dany musimy jak najlepiej wykorzystać. Przynajmniej ja spodziewałem się reakcji władzy. 13 grudnia 1981 r. ta reakcja nastąpiła. Byłem wówczas przewodniczącym “Solidarności” w Miejskim Przedsiębiorstwie Robót Elektrycznych. Społecznie pracowałem również w Komisji Interwencji i Mediacji Regionu Mazowsze, której kierownikiem był Zbigniew Romaszewski. 13 grudnia rano nie przyszli po mnie, nie próbowali mnie internować. Ale gdy zobaczyliśmy, co się dzieje, natychmiast udałem się do siedziby Regionu Mazowsze, która już była po nocnej pacyfikacji. Natychmiast zorganizowaliśmy druk ulotek z informacją o strajku generalnym. Zaczęliśmy też wynosić maszyny do pisania i sprzęt, który przydał się później w działalności podziemnej. Przed siedzibą została również zorganizowana demonstracja. Szybko przyjechało ZOMO, by ją spacyfikować. Jednymi drzwiami zomowcy wchodzili do siedziby, my – tylnymi wynosiliśmy potrzebny sprzęt. Następnego dnia zorganizowałem strajk w swoim przedsiębiorstwie. Trwał on do wtorku [stan wojenny wprowadzono w nocy z soboty na niedzielę - przyp. red.]. Pozostałe zakłady zostały spacyfikowane – Ursus, Huta itd. Mogliśmy to obserwować, jeżdżąc po ulicach Warszawy. Naprawiając sygnalizację świetlną na ulicach, mieliśmy pojazdy uprzywilejowane. Potem zawiesiliśmy strajk i zaczęliśmy działać w podziemiu. Pomagałem zakładać Międzyzakładowy Robotniczy Komitet “Solidarności”, jedną z największych organizacji podziemnych i najbardziej radykalnych, choć nie używaliśmy przemocy.
Ponad 20 lat od tamtych wydarzeń ich główny reżyser – gen. Wojciech Jaruzelski, a także część mediów przekonuje, że nie było wtedy innego wyjścia, że jakoby stan wojenny “uratował” Polskę przed inwazją sowiecką. Jak Pan ocenia takie twierdzenia?
- Po inwazji na Węgry, Czechosłowację, a zwłaszcza po wszczęciu wojny w Afganistanie propagowano takie opinie, aby wzniecić strach przed reakcją “Wielkiego Brata”. Jednak dziś, gdy znane są już dokumenty, wiadomo, że to była nieprawda, a gen. Jaruzelski tylko tłumaczył w ten sposób swój życiorys. Trudno się dziwić Jaruzelskiemu, że woli prezentować się jako “zbawca Narodu” niż zdrajca. Jednak dokumenty są pod tym względem bezlitosne – zarówno te, które ujawnił Władimir Bukowski, jak i zapiski sowieckich generałów. Dowodzą one, że Jaruzelski wiedział, iż ZSRS nie zamierza dokonywać inwazji na Polskę, a mimo to wręcz namawiał komunistów do tego. On się po prostu bał, że decyzji, które wyda, wojsko może nie posłuchać. Dlatego wręcz wzywał o pomoc ZSRS na wypadek, gdyby rzeczywiście tak się stało. Więc świadomie prosił Moskwę o interwencję. Niestety, nowe pokolenie jest trochę zaczadzone sowietyzmem, ale myślę, że następne generacje już przyjmą tę prawdę dokumentów. Jaruzelski mógł wówczas próbować dogadać się z opozycją. Jednak on po prostu bronił zagrożonej władzy. Charakterystyczna była jego rozmowa z Leonidem Breżniewem, sekretarzem generalnym KP ZSRS, upokarzająca gen. Jaruzelskiego, który wystąpił wówczas w roli wasala.
Dziś wiemy, że od początku lat 80. reżim PRL rozbudował do gigantycznych rozmiarów system agentury, aby w ten sposób zniszczyć “Solidarność” od środka. Czy już wtedy widzieliście ten problem? Jak się z nim zmagaliście?
- Bardzo trudno było walczyć z agenturą, bo przecież nie mieliśmy żadnych struktur kontrwywiadu. Mimo to udawało się wykrywać niektórych agentów, byli oni natychmiast odsuwani od działalności. Niektórych natomiast podejrzewaliśmy o współpracę z SB. Po otwarciu archiwów nasze podejrzenia w dużej mierze się potwierdziły. Całkowicie nie udało nam się obronić przed agenturą, bo nie mieliśmy narzędzi walki z nią.
Czyli ta strategia montowania agentów w “Solidarności” okazała się niestety dość skuteczna?
- Niestety tak. Pamiętam, jak udało im się wypromować agenta na przewodniczącego regionu “S” w Radomiu, który zdobył nagrania z obrad Komisji Krajowej. Później reżim opublikował je, żeby pokazać ludziom: “Widzicie, musieliśmy interweniować, bo ‘Solidarność’ doprowadziłaby do wojny domowej. Oczywiście to sformułowanie było w ogóle nieuzasadnione. Mimo to próbowano nam udowodnić, że coś tam przechowywaliśmy – jakieś kije itp. Ale generalnie nie udało im się udowodnić tych oskarżeń. Innym przykładem działalności agentury był Gdańsk, gdzie udało jej się skłócić struktury “S” i zmarginalizować m.in. Andrzeja Gwiazdę czy Annę Walentynowicz. Jednak cały ruch “Solidarności” był na tyle silny – poprzez swoją masowość – że nie mogli rozbić jej całkowicie. Ostatecznie wygraliśmy, choć myślę, że do końca nie wykorzystaliśmy tego zwycięstwa.
Problem agentury wrócił także po 1989 r., gdy jej działania – o czym niedawno także było głośno – były ukierunkowane na rozbijanie opozycji. Sprawa do dzisiaj nie została całkowicie wyjaśniona, ponieważ do końca nie została też przeprowadzona lustracja. Jak Pan to ocenia?
- Moim zdaniem, lustracja nie może zostać przeprowadzona do końca dlatego, że dużą część archiwów zniszczono. Gdy pracowałem w podziemiu, spotykałem się np. z takimi sytuacjami, że kolega podpisał zobowiązanie do współpracy. Tłumaczył: przyszli rano, w mieszkaniu dwójka dzieci, więc podpisałem. Ale już następnego dnia przyszedł do mnie i powiedział o tym. Chodzi po prostu o to, że była część ludzi, którzy podpisali lojalki, ale nie współpracowali. Jednak byli także tacy, którzy współpracowali, a ich teczka została zniszczona. Bywa też, że ktoś podpisał zobowiązanie do współpracy, spotykał się z SB, ale nie przekazywał żadnych istotnych informacji, nie chciał współpracować. IPN wciąż odkrywa nowe dokumenty, dlatego myślę, że wiele problemów jeszcze się wyjaśni. Jednak ci ludzie, na których ciążą jakieś podejrzenia, powinni wycofać się z życia publicznego.
Ale mówił Pan przede wszystkim o ludziach zwerbowanych czy zmuszonych do współpracy, a przecież byli także agenci wmontowani w “Solidarność” przez SB…
- Niewątpliwie tak, ale jeszcze raz mówię, że trudno nam było ich rozpoznać. Nie zrobiono tego także po 1989 r., gdy – jak już mówiłem – zniszczono wiele teczek. Te służby bardzo starannie dbały o swoich ludzi. Dlatego nie wiem, czy kiedyś uda się do końca rozliczyć ten okres. Chcę jednak zaznaczyć, że mimo wszystko, mimo tej agentury ten system okazał się nieskuteczny i komuniści musieli oddać władzę. Dokonało się to w drodze ewolucji, a nie rewolucji. Z jednej strony, uniknięto w ten sposób przelewu krwi. Ale zapłaciliśmy za to wysoką cenę. Tymczasem później można było rozliczyć komunistów. To trochę tak, jak służby postępują z terrorystą. Dopóki trzyma terroryzowanym pistolet przy skroni, rozmawia się z nim, ale gdy go odłoży, obezwładnia się go i wtrąca do więzienia, a nie negocjuje z nim. Trzeba było rozliczyć komunistów od razu wtedy, gdy do władzy doszli ludzie wywodzący się z “Solidarności”, a nie czekać, aż bracia Kaczyńscy dojdą do władzy.
W 1989 r. PRL już kruszył się, dlatego partyjni aparatczycy i tak nie mogli dłużej utrzymać władzy. A jak sytuacja wyglądała na początku lat 80.? W jakiej kondycji był reżim i w jakiej sytuacji znajdowało się społeczeństwo? Reżim PRL przekonywał, że była groźba wybuchu wojny domowej?
- Nie było groźby wojny domowej, była natomiast – z punktu widzenia reżimu – groźba utraty czy ograniczenia władzy. Przygotowywaliśmy się wówczas – jako “Solidarność” – do wyborów do rad narodowych. Mówiliśmy, że powinny one być rzeczywiście wolne. Stąd strach władz, bo oni byli przygotowani tylko na to, aby rządzić, a nie by słuchać ludzi.
Mówił Pan, że już na początku lat 80. widać było niezwykły ruch i samoorganizowanie się społeczeństwa. Z drugiej strony, widoczne były oznaki słabości reżimu. Już w okresie Edwarda Gierka były próby wprowadzania zmian w tym systemie. Czy w takim razie stan wojenny nie był próbą przygotowania się reżimu na funkcjonowanie jego ludzi w nowych warunkach gospodarki rynkowej?
- Stan wojenny był wyłącznie próbą obrony zagrożonej władzy. W pewien sposób była ona już rzeczywiście zagrożona. Bowiem w 1980 r. nie można było rządzić w taki sposób, jak dotychczas. Jestem przekonany, że ten reżim nie był gotowy na żadne reformy. Po pierwsze, oni nic takiego nie umieli robić. Umieli rządzić tylko w sposób dyktatorski, nieznoszący sprzeciwu. Od II wojny światowej nigdy nie rozmawiali naprawdę ze społeczeństwem. Te wszystkie gesty o dialogu były pozorowane. Oczywiście powtarzali frazesy o demokracji, prawach dla ludu, ale to było tylko na pokaz. W pewnym momencie zrozumieli, że ich gospodarka po prostu “leży”. A przecież trudno być właścicielem pustych sklepów. W latach 80. one właśnie tak wyglądały.
Pytam o to nie bez powodu. W swoich książkach i publikacjach, a także w niedawnym wywiadzie, którego udzielił nam Władimir Bukowski, podkreślił on, że już co najmniej na początku lat 80. komuniści rozumieli, iż ich reżim długo nie przetrwa. Dlatego zaczęli przygotowywać się do funkcjonowania w warunkach wolnego rynku…
- Myślę, że ma rację. Nie wiem jednak, czy tak samo myśleli decydenci w Polsce. Wtedy we władzach dominował partyjny “beton”: Stefan Olszowski, Albin Siwak, Stanisław Kociołek. Oni nie myśleli w kategoriach reform i jakiejś dalszej perspektywy kilkudziesięciu lat. Taka jest moja ocena.
Na niedawnej konferencji zorganizowanej przez “Solidarność Walczącą” padły jednak właśnie takie argumenty. Ludzie, którzy budowali komunizm, dziś wciąż mają duży wpływ na życie polityczne i społeczne, jeszcze w okresie PRL przygotowywali się do funkcjonowania w nowych warunkach.
- Jest to w pewnym sensie słuszna teza. Powiedziałem w “pewnym sensie”, ponieważ jeśli weźmiemy pod uwagę niektórych prominentów, z których jeden np. wcześniej był członkiem Komitetu Centralnego, a przynajmniej do niedawna zasiadał w radzie banku BPH, połączonego teraz z Pekao SA, to można powiedzieć, że zamienił wpływy polityczne na gospodarcze, ale on już nie jest komunistą. Tu przypomina mi się taki dowcip, który brzmiał mniej więcej tak: “Co jest największą radością komunistów? To, że gdy idzie ulicą, to widzi, że domy są jego, drzewa są jego, a nawet sama ulica. Wszystko jest jego. A co jest jego największym zmartwieniem? Że ma wiele milionów wspólników…”. Myślę, że to dobrze oddaje sposób myślenia wielu z nich. Dlatego po prostu chcieli przejąć to, co uważali za swoje. Oni najczęściej byli kompletnie bezideowi. To byli po prostu karierowicze. Dla tych samych powodów, dla których wcześniej popierali komunizm, później polubili kapitalizm. W tym sensie tezy wyrażone na konferencji są słuszne, ale moim zdaniem w takim oto ujęciu: ludzie związani z komunizmem mają się świetnie. Natomiast sam komunizm upadł. Tylko jego dawni piewcy nie ponieśli konsekwencji tego upadku.
A zgadza się Pan również z tezą, że m.in. tacy ludzie przeszkadzają w normalnym rozwoju polskiej gospodarki, tworząc niejasne powiązania na kształt mafii?
- To środowisko rzeczywiście stosuje protekcjonizm i utrudnia rozwój wolnego rynku, ponieważ utrudniają dojście innych grup do wpływu na gospodarkę, i rozwój konkurencji. Dlatego dziś rzeczywiście są silni i trudno jest ich rozliczyć. Bo to właśnie oni powtarzali, że “pierwszy milion trzeba ukraść”. Więc kradli ten pierwszy milion, później obracali nim, w międzyczasie sprawa się przedawniła, a dziś już robią legalne interesy. Nie wiem, co dziś można zrobić.
Rząd PiS próbował uderzyć w ich wpływ na gospodarkę, starając się np. rozbić monopol korporacji prawniczych poprzez szersze umożliwienie dostępu do wykonywania zawodu czy poprzez likwidację spółdzielni mieszkaniowych?
- Tak, ale rządu PiS już nie ma… My zaś może właśnie w ten sposób płacimy za to, że komunizm upadł niemal bez przelewu krwi. Jednak niewątpliwie daliśmy się okraść, a kradzież to nie jest dobry sposób na budowanie gospodarki suwerennego państwa.
Dziękuję za rozmowę.
![]()